Jak się uczyć?

Czy angielskiego można uczyć się samodzielnie? Oczywiście. Mamy dostęp do ogromnej ilości narzędzi i zasobów, w dużej mierze za darmo. Mamy internet, aplikacje, platformy streamingowe, gdzie możemy obejrzeć filmy w oryginale, anglojęzyczne kanały kablówki i przede wszystkim w tej chwili AI, oferujące w nauce możliwości, które jeszcze niedawno były nie do wyobrażenia. Możliwości są bardzo szerokie. Najważniejsze, znaleźć coś dla siebie, coś co nas interesuje, wciąga i co polubimy. Nie przejmujmy się, jak ani od czego zacząć, nie stawiajmy pytań, czy to dobra metoda. Każda przybliża nas do celu. Istotne, żeby nauka nie była nudna i żmudna, nie była obowiązkiem, ale sposobem spędzania czasu, który będzie dobrowolny i interesujący. Znajdźmy sposób obcowania z językiem, który będzie odpowiadał naszym zainteresowaniom i preferencjom.

Angielski jest wszędzie

Zacznijmy od tego, że „uczyć się” nie musi oznaczać książki, ćwiczeń ani listy słówek. Angielski jest wszędzie. Mówi do nas z telewizji i reklam, spogląda z etykiet i opakowań, jest w nazwach produktów i firm, słyszymy go w piosenkach i filmach. Warto na początek zainteresować się tym, co nas otacza. Zacząć sprawdzać słowa, które widzimy na co dzień. Znamy je, ale nie wiemy, jak je wymawiać albo po prostu nie znamy ich faktycznego znaczenia. Więc po pierwsze, należy otworzyć oczy i uszy i zacząć wykorzystywać to, co mamy pod ręką.

Chcemy czy nie, angielski jest częścią naszej rzeczywistości i przenika każdą jej sferę. Anglosaska kultura i język dokonują inwazji w naszą codzienność, nasz język, zwyczaje, a nawet sposób myślenia. Ilość anglicyzmów w języku polskim narasta lawinowo, szczególnie w biznesie, handlu i technologii. W międzynarodowych korporacjach nieustannie uczymy się nowych terminów i pojęć, musimy czytać i rozumieć teksty i instrukcje po angielsku. Ale anglicyzmy razem z produktami sprzedaje nam również marketing i reklama. Warto się im przypatrzeć i dotrzeć do ich źródła. Bo okazuje się potem, że posługujemy się zapożyczeniami, nie mając pojęcia, że tym samym przyswoiliśmy sobie angielskie słowo.

Warto mieć aplikację, gdzie szybko sprawdzicie zarówno znaczenie, jak i wymowę danego słowa, np. Diki.pl. Diki.pl to platforma internetowa, która zbiera definicje z różnych słowników, dzięki temu daje szeroki przegląd haseł i pozwala wybrać potrzebne nam znaczenie. Dodatkowo znajdziemy tam wiele przykładów zdań, które można odsłuchać. Ale może być to cokolwiek, co mamy pod ręką, do szybkiego sprawdzenia znaczenia – Google Translate czy jakikolwiek inny translator.

Najlepszym narzędziem do pomocy jest zapewne jednak AI. Trzeba jednak najpierw ustalić zasady i oczekiwania komunikacji, określić swój poziom i sformułować jasno swój cel oraz rolę, jaką ma pełnić system w rozmowie z wami. AI bije wszystkie słowniki, ponieważ jest nam w stanie podać frazę, której szukamy, dobraną dokładnie do kontekstu, a także przedyskutować z nami inne opcje i podać wyjaśnienia. Pokusą, z której nie warto jednak korzystać, jest proszenie o pełne tłumaczenie albo gotowy tekst. To dobre w życiu i w pracy, w nauce jednak liczy się samodzielność.

Jest takie pojęcie w metodyce jak immersja (immersion), czyli zanurzenie. Żeby zacząć mówić, trzeba najpierw się otoczyć językiem. Wyobraźmy sobie go jako wodę. Żeby zacząć pływać, trzeba najpierw się z nią oswoić. Wejść, zacząć brodzić, zanurzyć dłonie, oswoić się z jej temperaturą i dotykiem na skórze. A potem musimy się zanurzyć całe ciało, zmoczyć głowę i włosy, pochalpać, pobawić się i poeksperymentować.  Żeby nauczyć się pływać naprawdę dobrze, musimy opanować technikę, ale przede wszystkim spędzić wiele godzin na basenie, ucząc ciało i mózg zachowania w wodzie, synchronizacji ruchów ramion i nóg. To wymaga czasu i wielokrotnych ćwiczeń. Z nauką języka jest podobnie. 

Idealnie, jeżeli wyjeżdżamy za granicę i angielski jest wszędzie. To doświadczenie „na głęboką wodę”, jesteśmy wewnątrz obcojęzycznego świata i musimy sobie radzić. Słyszymy angielski na ulicy i w sklepach, widzimy go na napisach i szyldach, znakach drogowych i informacjach w metrze. Żeby złożyć zamówienie w restauracji albo kupić coś w sklepie, musimy próbować mówić.

Nie musimy jednak wyjeżdżać, żeby przynajmniej w pewnym stopniu zafundować sobie immersję w Polsce. Wystarczy skorzystać z metod dostępnych na miejscu, filmów, lekcji na YouTube, anglojęzycznych wiadomości w naszej kablówce. Możemy przestawić język naszego telefonu i komputera na angielski tak samo jak język wielu stron, które odwiedzamy. Czy to sprawi, że w jakiś magiczny sposób zaczniemy mówić? Nie. To dopiero początek. Samo wejście do wody nie sprawi, że zaczniemy pływać. Nabycie umiejętności to zawsze ćwiczenie i praca. I niestety, nie powiem tutaj nic cudownie odkrywczego: trzeba w to włożyć wysiłek. 

Praca nad językiem nie musi jednak oznaczać siedzenia nad podręcznikiem, robienia ćwiczeń i nauki pamięciowej. Uczyć można się wszędzie, w każdej chwili, sprawdzając słówka, czytając kawałek tekstu albo słuchając podcastu, rozmawiając z AI. Chodzi o to, żeby angielski towarzyszył nam zawsze, żeby był pod ręką i żeby poświęcić mu uwagę nawet w postaci kilku minut dziennie.

Input i output

Input i output to również pojęcia związane z teorią nauczania. Żeby zacząć mówić, potrzebny jest najpierw input. Trzeba się najpierw angielskiego nasłuchać, nawdychać i napić. Najpierw należy się osłuchać, oczytać, zaabsorbować ogromną ilość języka. Angielski raz ani nawet dwa razy w tygodniu da nam niewiele, jeśli nie stanie się częścią naszego codziennego życia. Angielski powinien być z nami wszędzie i mówić do nas zewsząd.

Moi uczniowie pytają: jaką korzyść odniosę ze słuchania wiadomości czy oglądania filmów, których w większości nie rozumiem? Tak, to również może coś dać, pod warunkiem, że nie traktujemy tego jak wkładanie podręcznika pod poduszkę, czyli że nasiąkniemy jego treścią w jakiś magiczny i automatyczny sposób bez świadomego wysiłku. Wiadomości, przynajmniej przez chwilę, trzeba oglądać świadomie, starając się wychwycić pojedyncze słowa, na które być może już natrafiliśmy. Film możemy ustawić z napisami. To daje nam szansę sprawdzenia pojedynczych słówek, które wydają nam się ważne. Rozumienie to nie zawsze sięganie do gotowej wiedzy, to kombinowanie, zgadywanie, nadpisywanie pustych miejsc. To jedna z technik w nauce. 

Znacznie ważniejsze jednak jest słuchanie materiałów, które rozumiemy i znamy na zasadzie wielokrotnych powtórzeń. Jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz. Wtedy mamy szansę zapamiętać słowa, wyrażenia albo całe zdania. Ten sposób nauki naśladuje życie, kiedy wiele razy słyszymy to samo. Pracujemy na przykład w barze albo w kawiarni, słyszymy i zapamiętujemy powtarzające się te same zwroty i wyrażenia. Taki rodzaj nauki jest wyjątkowo skuteczny. To jak kawałek piosenki, który zostaje w uszach, czy slogan z reklamy, który przykleja się do mózgu i nawiedza nas godzinami. 

Czy w ten sposób zaczniemy mówić? Nie. Input to jedno, output, czyli produkcja, to drugie. Żeby zacząć mówić, potrzebujemy obu. Najpierw jednak mózg musi zgromadzić ogromną ilość inputu. Dopiero na jego podstawie jesteśmy w stanie tworzyć własne wypowiedzi. Obrazowo można powiedzieć, że na każdą porcję outputu przypada wielokrotnie więcej inputu. Nie da się tego wyliczyć ani sprowadzić do konkretnej proporcji – chodzi jedynie o pokazanie skali. 

Przejście od jednego do drugiego wymaga wysiłku i praktyki. To, że nauczycie się słówka albo zrobicie ćwiczenie, nie przełoży się na wasze zdolności komunikacyjne. Lektura kodeksu drogowego i zdanie egzaminu nie uczyni nikogo kierowcą. Do tego są potrzebne są wyjeżdżone godziny. Tak samo przeczytanie podręcznika do gry na gitarze i nawet nauka chwytów nie sprawi, że zaczniemy grać. Opanowanie umiejętności to godziny i godziny ćwiczeń. Gry na gitarze możemy uczyć się sami w domu, do mówienia potrzebny jest drugi człowiek. Ogromnie pomaga, jeśli musimy i możemy komunikować się po angielsku na co dzień, w pracy, ze współlokatorem. To sytuacja idealna. Nie każdy ją ma, ale chodzi o to, żeby korzystać z każdej nadarzającej się szansy i wchodzić w takie sytuacje, zamiast ich unikać.

Ale mówienie możemy również ćwiczyć sami, to taki suchy trening. Nie musimy mówić do lustra, mówić na głos, chociaż oczywiście to bardzo pomaga, możemy w głowie układać teksty. Wyobrazić sobie, że z kimś rozmawiamy. Możemy próbować streścić tekst albo film, sprawdzić, co z niego pamiętamy. Możemy rozmawiać z AI albo używać do tego celu używać do tego celu jakiegokolwiek innego anglojęzycznego czatu. Możemy szukać kontaktów z ludźmi z całego świata, dołączyć do grup na Facebooku albo nawet komentować posty na angielskich forach. Tak, pisanie to już jest output, to jest produkcja, to jest czynne użycie języka. Aczkolwiek naszym celem jest zawsze przede wszystkim mówienie.

Jest również wiele platform, na których można wykupić konwersacje z native speakerami z całego świata. Jeżeli jednak jesteśmy skłonni zainwestować w naukę, zacznijmy od polskiego lektora, który wprowadzi Was w podstawy. Jeśli jesteście na poziomie bardziej zaawansowanym, szukajcie lekcji w formie konwersacji. Potrzebny jest Wam ktoś, z kim możecie realnie rozmawiać. Więcej o zaletach i wadach lekcji z native speakerami w sekcji A może native speaker? UWAGA u powinien być link do tej sekcji)

Jakąkolwiek formę nauki wybierzecie, pamiętajcie, że zawsze wasza bierna znajomość języka będzie przeważać nad umiejętnościami. To jest naturalne zjawisko, w ten sposób się zawsze uczymy i zawsze potrzebujemy najpierw imersji. Rzecz w tym, jak input zamienić w output.

Językowe ryzyko

Żeby zacząć mówić, musisz wyjść z własnej strefy komfortu. Musisz próbować. Korzystaj z wszelkich okazji. Zapomnij o skrępowaniu i wstydzie. Wrzuć na luz i daj sobie prawo popełniać błędy. Nie, nie będziesz brzmieć głupio, nie zbłaźnisz się – to siedzi tylko w twojej głowie. W życiu liczy się komunikacja. Czegokolwiek się uczysz – zawsze na początku nie będziesz mistrzem. Kroki i riffy możesz ćwiczyć godzinami w domu, mówienie możesz ćwiczyć tylko z drugą osobą i w życiu nie ma wielu szans, dlatego powinieneś korzystać z każdej.

Nawet na lekcji uczniowie wypowiadają się niechętnie. Lubią się chować za “I don’t know”, “It depends”, “Hard to say”. Nikt nie ma żadnych opinii i żadnych doświadczeń. “Have you ever..?”, “No, never”. Nic się nikomu nie przydarzyło, nikt nie ma żadnych historii do opowiedzenia. To jest postawa defensywna, tak jest łatwiej, wygodniej i bezpieczniej. Tymczasem żeby zacząć mówić, trzeba ryzykować, nawet jeżeli mamy utknąć w połowie zdania, bo brakuje słowa. Na to ostatnie są odpowiednie strategie, możesz radzić sobie parafrazą, definicją, opisem. W realnej sytuacji podejmowanie prób komunikacji jest zawsze lepsze niż milczenie i tylko taka postawa przynosi korzyści i efekty w życiu. 

Uczenie się języka to też uczenie się komunikacji w ogóle. Wiele osób ma po prostu problem z mówieniem, nawet we własnym języku. Niestety, w nauce języka mają znacznie łatwiej osoby, które są w naturalny sposób rozmowne, otwarte, ekstrawertyczne. Co mają zrobić ci zamknięci w sobie? Powiedzmy to szczerze, ci zamknięci, wycofani i nieśmiali będą mieć  znacznie trudniej. Pracę dostają, zawierają znajomości i robią wrażenie ci, którzy potrafią mówić. I tu nie chodzi o autopromocję, chodzi o umiejętność interakcji i nawiązania kontaktu. Więc ci nieśmiali ucząc się języka mają szansę uczyć się czegoś więcej: mówienia w ogóle, pokonywania barier i własnych ograniczeń.

Dla niektórych zadanie egzaminacyjne polegające na porównaniu dwóch obrazków jest wyzwaniem. Na wykonanie tego zadania, w zależności od egzaminu, mamy minutę albo dwie. Więc trzeba to zrobić w określonym tempie i bez namysłu. “Nie potrafię mówić o niczym”. Niektórzy tak mają, jednak w życiu umiejętność “mówienia o niczym” popłaca znacznie bardziej niż milczenie. Tak samo, jak mówienie sprawnie i szybko raczej niż wolno i z przerwami.  Życie pędzi do przodu i nikt nie da nam czasu na myślenie i układanie zdań i myśli idealnych, które mają zadowolić wszystkich. 

To jest jedna z najtrudniejszych spraw, z jakimi spotykam się w nauce – jak otworzyć tych zamkniętych, jak sprawić, żeby poczuli się na tyle komfortowo, żeby skłonni byli do przekraczania własnych barier. A przede wszystkim sprawić, żeby zrozumieli, jak ważne jest komunikowanie się w życiu i to, żeby mówić raczej niż nie, nawet jeżeli wydaje nam się, że mówimy nie to i nie tak. Wiele osób po prostu nie chce wykonać tego wysiłku i zmierzyć się z własnymi ograniczeniami.

Powiedzmy sobie szczerze: nie można zacząć mówić w obcym języku, nie lubiąc mówić w ogóle i nie chcąc tego zmienić. Żeby mówić, trzeba nieustannie przełamywać granice, podejmować ryzyko i wychodzić poza strefę komfortu.

Z czego korzystać w domu

Moi uczniowie często pytają: co robić w domu? Z czego korzystać? Jakie książki kupić? Co do tego ostatniego odpowiadam zawsze: w dzisiejszych czasach można sobie oszczędzić kupowania książek. Oczywiście oprócz podręcznika realizowanego na zajęciach, jeśli bierze w nich udział. Wszelkiego rodzaju samouczki, słowniczki i inne materiały samopomocowe, moim zdaniem, w dzisiejszych czasach to strata czasu i pieniędzy, skoro mamy do dyspozycji AI i nieograniczone zasoby internetu.

Owszem, dobrze mieć w domu książkę do gramatyki, nie zaszkodzi czasami tradycyjny papier, ołówek i gumka. Warto jednak stawiać na wydawnictwa zagraniczne. Polskie publikacje obfitują w sążniste i zupełnie niepraktyczne wyjaśnienia. Może się wydawać, że po polsku będzie łatwiej. Tymczasem polski i angielski to nie tylko dwa inne języki, ale dwa zupełnie inne sposoby myślenia i dwie różne metodologie mające źródło w mentalności i kulturze. Wyjaśnienia w podręcznikach angielskich są proste i sprowadzone do niezbędnego minimum. Często towarzyszą im obrazki i schematy. W polskich wydawnictwach wyjaśnienia są długie, zawiłe i obfitują w szczegóły. Jeżeli więc chcemy coś kupić, to stawiajmy na brytyjskie wydawnictwa. Sprawdźmy jednak, czy książka, którą kupujemy, zawiera klucz, bo czasami zdarza się, że klucz to odrębna książka, bardzo często w cenie podręcznika. 

Polskich publikacji jest mnóstwo. Głównie skierowane są one do młodzieży szkolnej i studentów. Są to różnego rodzaju samouczki, oferujące zwykle mnóstwo wyjaśnień. Oczywiście po polsku. Na pierwszy rzut oka tego typu wydawnictwa wydają się praktyczne i fajne: mamy pogrupowane i wyjaśnione słownictwo z różnych dziedzin, glosarium, notatki na marginesach, podpowiedzi i porady. Tymczasem kończy się to zwykle tak, że kupiona książka zalega później na półce. Być może przerobimy jeden albo dwa rozdziały. Z tego po prostu się nie da uczyć. Bo to jest nauka na sucho. Nieefektywna i nie prowadząca do celu, jakim jest jest praktyczne posługiwanie się językiem. Co więcej, nie są to publikacje wysokich lotów, polskie tłumaczenia są często nietrafne i spłaszczone. 

Jestem absolutnym przeciwnikiem uczenia się słówek z fiszek, słowniczków i innych list, to przede wszystkim. Słówek nie można się uczyć z glosarium ani leksykonu. Każdy, kto już trochę łyknął języka, wie, jak wiele znaczeń potrafi mieć jedno słowo i jak bardzo te znaczenia różnią się w zależności od kontekstu. Słowa muszą żyć, oddychać pośród innych słów. Słowa mienią się znaczeniami, a otoczenie i całościowy sens nadaje im to właściwe. Po drugie, słowa wchodzą w kolokacje, czyli łączą się ze sobą, lubią się nawzajem, tworzą więzi bardziej lub mniej silne. Język to sieć wzajemnych zależności. Uczenie się języka po kawałku nie ma sensu. 

Słów należy uczyć się w kontekście i sprawdzając w słowniku, w prawdziwym słowniku, dającym przegląd wielu różnych znaczeń. Dla zaawansowanych powinien to być słownik angielsko-angielski, dla tych mniej, albo jeśli szukamy polskiego tłumaczenia, najlepszą stroną jest Diki.pl. Google Translator podpowiada nam zwykle jedno znaczenie, bardzo często nie to, które jest nam potrzebne. Pamiętajmy, że Google Translator to nie słownik, tylko program komputerowy kojarzący ze sobą słowa na podstawie algorytmów. To również amerykańska wersja angielskiego i musimy o tym pamiętać, kiedy próbujemy odsłuchać wymowę. Wymowa amerykańska różni się pod wieloma względami od brytyjskiej, której uczymy się w Polsce. To nie tylko brzmienie poszczególnych głosek, ale także czasami inna wymowa całego słowa. 

Korzystanie ze słowników wymaga umiejętności. Znacznie lepiej zaprzyjaźnić się z ChatGPT albo innym systemem AI. Trzeba na początku określić sytuację komunikacyjną, rolę, jaką ma pełnić nasz sztuczny rozmówca i cel tej konwersacji. Trzeba wyjaśnić, kim jesteśmy (uczniem na poziomie A2 czy B1) i czego oczekujemy (prostych wyjaśnień), jak również, że interesuje nas brytyjski angielski (default język zwykle to amerykański angielski). Komunikator AI to niezwykle przydatne narzędzie w nauce, pod warunkiem, że używa się go rozsądnie. AI zaoferuje nam zwykle bardzo dobre tłumaczenie całego zwrotu i wyrażenia w odpowiednim kontekście, co więcej, zaoferuje opcje i wyjaśnienia. Proszenie jednak o napisanie całej wypowiedzi albo – jeszcze gorzej – przetłumaczenie z polskiego przynosi efekt odwrotny od zamierzonego. Uczenie się tekstu z kartki to co innego niż naturalna wypowiedź, to proces odtwórczy i sztuczny. AI co więcej kształtują określone standardy, w tym poprawność polityczna i współczesne ideologie. Kiedy więc prosicie AI o wyprodukowanie eseju na podstawie tematu zadanego na lekcji, możecie otrzymać coś, co nigdy nie byłoby waszą własną wypowiedzią. Na przykład: How do you imagine world in 20 years’ time może przerodzić się w wykład na temat troski o planetę, ekologii i sustainable development (zrównoważony rozwój). To ostatnie jest jednak oczywiście również kwestią wpisania właściwego promptu, czyli instrukcji. Można używać także funkcji głosowej, co przynajmniej w jakimś stopniu może naśladować realną komunikację. AI to jednak przede wszystkim towarzysz i asystent, narzędzie niezwykle pomocne, ale jak w przypadku każdego innego narzędzia – trzeba nauczyć się nim posługiwać. Użycie AI do nauki stwarza zupełnie nowe możliwości i warto z nich korzystać. 

Uczenie przez uszy

Języka uczymy się przede wszystkim słuchając. To jest coś, o czym zapominamy przyzwyczajeni do nauki z podręczników. Język to mowa, a mowa to przede wszystkim dźwięk, a nie druk na papierze. “Ale ja jestem wzrokowcem” – zapomnijmy o tym. Wszyscy jesteśmy wzrokowcami, nikt nie woli słyszeć niż widzieć, w zrozumieniu zawsze pomaga wizualizacja; (angielski ekwiwalent to byłby wizualizer), po angielsku zresztą w ogóle nie używa się tego pojęcia w taki sposób jak po polsku, my je za bardzo lubimy. Czytać i rozumieć tekst jest zawsze znacznie prościej niż rozumieć mowę. Tymczasem język przede wszystkim słyszymy. O to właśnie chodzi w życiu. Język to fonetyka, to dźwięki i zupełnie inne brzmienia. Musimy się do nich przyzwyczaić, zacząć je różnicować, ale także naśladować.

Języka z książki uczymy się pamięciowo, języka ze słuchu uczymy się zupełnie inaczej. Słówko wydrukowane w książce wkuwamy, wkładając w to wysiłek i pracę; coś, co tylko słyszymy, zapamiętujemy przez powtórzenia. Kiedyś ludzie snuli opowieści, w ten sposób przekazywali legendy i mity, w ten sposób tworzyli i zapamiętywali pieśni, w ten sposób powstały największe eposy ludzkości. Przez wiele wieków większość społeczeństwa nie umiała pisać, uczono się ze słuchu, przez powtórzenia. Tak uczono się modlitw, rymowanek, opowieści i przepisów kuchennych. To kompletnie co innego niż szkolne “zakuć, zdać, zapomnieć” i co innego również niż znajomość angielskiego na papierze i z podręcznika. Język to dziedzictwo oralne przede wszystkim. W taki sposób języka uczą się małe dzieci, słysząc i powtarzając. I mimo że tą dziecięcą naturalną łatwość tracimy wraz z przekroczeniem tak zwanego wieku krytycznego (definiowanego różnie), w nauce języka chodzi właśnie o słuchanie, wielokrotne słuchanie tego samego i powtórzenia. Uważam, że ta sprawa nie jest dostatecznie akcentowana współcześnie w uczeniu.

Do nauki przez uszy nadaje się wszystko, ale najlepiej, żeby były to teksty, które w większej części rozumiemy. Oglądając filmy i seriale ćwiczymy inną umiejętność, zgadywania i domyślania się, wypełniania treścią miejsc pustych. To ważne i potrzebne, ale to raczej umiejętność radzenia sobie w życiu niż istotna nauka. Szukajmy materiałów z dziedziny naszych zainteresowań. Bardzo pomaga, jeśli znamy kontekst i temat. Jeszcze bardziej pomaga, jeśli tekst nas interesuje i faktycznie chcemy się czegoś dowiedzieć. 

Świetnym źródłem do nauki jest YouTube i lekcje nauczycieli native speakerów. Filmy są za darmo, ale każdy kanał to sposób sprzedawania nauki, służący promocji lekcji, materiałów i książek nauczyciela. Lekcje bywają różne, konkretniejsze i bardziej na luzie, niektóre zabawne i pomysłowe. Zwykle pomagają zwizualizować treść lekcji za pomocą napisów, animacji albo scenek. Ich treść dotyczy wielu tematów: słownictwa, gramatyki, wymowy, typowych błędów, wyrażeń potocznych, ale też tego, jak się uczyć (wiele z tego, o czym tu piszę na podstawie własnej praktyki możecie tam właśnie usłyszeć). Tak naprawdę temat lekcji nie jest ważny, po prostu zacznij słuchać. Jest to przede wszystkim ekspozycja na język i kontakt z żywym użytkownikiem, dostosowany jednak do potrzeb nauki. Cokolwiek to jest, będzie dobre. Lekcje są krótkie: 3-7 minut, możemy więc z łatwością odsłuchać je wielokrotnie. YouTube to też aplikacja, którą możemy mieć przy sobie zawsze w telefonie.

Słuchając, możemy starać się zrozumieć sens ogólny. To ważne i ćwiczy istotną umiejętność. Ale tekst warto czasem także rozpracować, sprawdzić i wypisywać słówka, może niekoniecznie w papierowym zeszycie, może np. w Google Documents, do których mamy dostęp wszędzie. Pamiętajmy jednak, tak samo przy czytaniu tekstów, że nie musimy sprawdzać absolutnie wszystkiego. Sprawdzamy słowa, które są tego warte, ponieważ naprawdę są nam potrzebne do zrozumienia. Co ważne jednak, nie wystarczy posłuchać raz dla zrozumienia. Ważne są powtórzenia. A więc słuchamy raz, drugi, trzeci, czwarty. Dwadzieścia razy. Możemy również zatrzymywać po każdym zdaniu i powtarzać za lektorem. Jeżeli przesłuchamy naprawdę wiele razy, może nam się udać technika mówienia symultanicznego razem z lektorem, bo zdołaliśmy zapamiętać całe zdania. Możemy próbować streścić i powtórzyć treść. W ten sposób uczymy się nie tylko płynności, ale zapamiętujemy naturalne całe zdania i frazy.

Wymowa

Wymowa w procesie nauczania to sprawa często zaniedbywana zarówno przez uczniów, jak i nauczycieli. Kiedyś alfabet fonetyczny był częścią procesu nauczania. Przede wszystkim świadomość nauczycieli była wyższa, często byli w stanie nie tylko zapisać słowo fonetycznie na tablicy, ale też wyjaśnić system samogłosek, dyftongi, różnice w wymowie spółgłosek, artykulację angielskich i polskich głosek szeleszczących, ciemne “l” (czyli dawne polskie „gładkie ł”), sprawy takie jak aspiracja, asymilacja międzywyrazowa, elizja i connected speech. Współcześnie tego aparatu pojęciowego na lekcjach już często nie ma, co więcej wielu nauczycieli po prostu nie dba o własną wymowę. Upowszechnienie angielskiego spowodowało upowszechnianie błędów i wzrastającą tolerancję na nie. Skoro wszyscy mówią “ło(r)k” (work), to nie będę wygłupiać się z “łe(r)k”. Delete jako “dilejt” (poprawnie “dili: t”) też wiadomo, o co chodzi.

Polacy wymowy nie lubią, z jakiegoś powodu sądzą, że mówienie z polskim akcentem to żaden problem, bo i tak nasz rozmówca nas zrozumie. To samo dotyczy wymowy poszczególnych słów – i tak wiadomo, o co chodzi. W przypadku innego Polaka tak, ale kiedy spotykamy Francuza mówiącego po angielsku z silnym francuskim akcentem i zmieniającego brzmienie angielskich słów w zgodzie z francuską wymową i fonetyką, obcy język staje się jeszcze bardziej obcy. Poprawna wymowa to po prostu kwestia rozumienia i skuteczności komunikacji. 

Wymowę zatem trzeba ćwiczyć i trzeba poświęcać jej uwagę. Powtarzanie za nagraniem to jedna z technik. Ludzie nie lubią tego na lekcji. Ale w domu, w spokoju, bez poczucia oceniania i stresu warto próbować. Wrzucamy słówko do Diki.pl albo innego słownika i najpierw puszczamy je w kółko, a potem powtarzamy za nagraniem. Uczniowie pytają: ale skąd ja będę wiedział, że wymawiam poprawnie? Za którymś razem chwycisz i wyjdzie poprawnie. Zaburzony słuch fonematyczny zdarza się stosunkowo rzadko. Powtarzanie to ćwiczenie mięśni, ćwiczenie organów mowy. Niełatwo jest skłonić mózg i usta do produkcji zupełnie obcych dźwięków i układów innych niż te zapamiętane z dzieciństwa. Nasz mózg i organizm stawiają opór. Wielokrotne powtórzenia tworzą odpowiednie ścieżki w mózgu i trenują aparat mowy. 

Następnie próbujmy powtarzać całe zdania. Bo najciekawsze rzeczy dzieją się pomiędzy słowami i to te procesy powodują, że nie rozumiemy szybkiej mowy. To są upodobnienia międzywyrazowe, zbitki głoskowe albo elizja, czyli opuszczenie jakiejś głoski. Jak ze wszystkim w życiu, także w wymowie rządzi zasada ograniczania wysiłku, tzw. ekonomia języka. Mówiąc szybko, oszczędzamy czas i energię. To się dzieje w każdym języku, tak samo w języku polskim. W języku angielskim procesy te jeszcze bardziej wpływają na brzmienie całego zdania, ponieważ słowa angielskie są krótkie, zbijają się więc w trudne do zrozumienia cząstki. To jest nie tylko kwestia wymowy, ale przede wszystkim rozumienia szybkiej mowy. Jeśli się temu nie przypatrzymy i nie zaczniemy ćwiczyć i eksperymentować, będziemy mieć problem ze zrozumieniem nawet prostych kwestii wypowiedzianych niestarannie i szybko, a tak ludzie mówią w realnych sytuacjach w życiu.

 “Ale ja nie muszę brzmieć jak native speaker” – słyszę od uczniów. Oczywiście, jako nie-natywni użytkownicy języka zawsze będziemy brzmieć inaczej. Rzecz w tym, że to, co nam się wydaje wyraźne, czytelne i proste, dla ucha native speakera brzmi dziwacznie. No dobra, i tak mnie jakoś zrozumieją. Pytanie, czy ty zrozumiesz ich, kiedy What do you want? brzmi jak “łodźjewan”,  Don’t you to  „donczja”? should have done to “szudewdan “, Let me do it  – “lemedułit”, I’m out – “amałt”. To jest zderzenie z praktyką życiową i tym jak ludzie naprawdę mówią, a mówią szczególnie szybko i niedbale. Jeżeli sam nie będziesz w stanie imitować tych zbitek, nie zrozumiesz innych. Dobra wiadomość jest taka, że to jest właśnie to, co doskonale można ćwiczyć w domu. Do tego nie potrzeba rozmówcy ani nauczyciela. Wymowę powinno się ćwiczyć w komfortowej sytuacji, w samotności, bez skrępowania i bez spiny. Warto się tym bawić, eksperymentować, może przesadzać, przedrzeźniać, wszystko po to, żeby się rozćwiczyć i nauczyć mózg tych nowych układów.

Uwaga ściema

Jeśli czujesz, że nauka w domu nie wystarczy, potrzebujesz ukierunkowania, potrzebujesz grupy jako motywacji albo nauczyciela jako autorytetu i rozmówcy, wybieraj rozważnie. W tym momencie na rynku znajduje się mnóstwo ofert, szkół, platform i aplikacji, oczywiście płatnych. Jeśli jesteście zainteresowani tym tematem, media społecznościowe zaleją was reklamami najrozmaitszych metod nauki oraz systemów opartych na AI. Rozmowy z botem wyglądają świetnie w reklamie. Jak będzie to wyglądało w praktyce dowiecie się dopiero po wykupieniu drogiej subskrypcji. Tego typu narzędzia są oparte na zaawansowanej technologii, ale aplikację bardzo łatwo napisać. Wrzucić kawałek książki, skojarzyć go go z jakimś słownikiem albo dla translatorem, a potem promować jako nowatorską metodę. Klikamy na słowo i dostajemy tłumaczenie, tyle tylko że czasami kompletnie nie pasujące do kontekstu. Tak samo wygląda sprawa słowniczków i list słów z polskimi tłumaczeniami. Jest oczywiście bardzo dużo użytecznych narzędzi, szczególnie, jeśli lubisz klikać i potrzebujesz systemu, który narzuca  mierzalny, systematyczny postęp.

Jeżeli interesuje cię szkoła językowa, uważaj, zanim zdecydujesz się podpisać umowę. Rynek nauki języka pełen jest cud-ofert i magicznych metod. Wiele podmiotów to wielcy gracze z budżetem na agresywny marketing i promocję. Możesz zostać zaproszony na rozmowę, w trakcie zostaniesz poddany technice, którą nie waham się nazwać praniem mózgu, polegającej na szczegółowym wyliczeniu tego, ile w porównaniu do “tradycyjnych metod” zaoszczędzisz czasu i pieniędzy, decydując się na “nowatorską metodę” opatentowaną przez szkołę. Owszem, będziesz korzystać z materiałów szkoły i mieć dostęp do platformy z ćwiczeniami i dodatkowych konwersacji, będziesz się umawiać wymiennie i brać udział w zajęciach różnych grup. Rzeczywistość może wyglądać jednak trochę inaczej, terminy nie być dostępne, a konwersacje zajęte. Zaś przedstawiona ci umowa zakupu kursu na raty to nic innego jak umowa pożyczki bankowej.

Jeszcze bardziej uważaj, jeśli oferta brzmi nieprawdopodobnie, “Pani Jadzia z Gorlic nauczyła się francuskiego w dwa tygodnie”, a metodę opracował jakiś profesor poliglota. To mniej więcej tak jakby ktoś obiecywał odmłodzenie w dwa tygodnie o 20 lat przy pomocy cudownego kremu. Takich metod nie ma, powiedzmy to jasno. Nauka w stanie głębokiej relaksacji, nauka w stanie hipnozy, to mniej więcej tyle co włożyć podręcznik pod poduszkę. Każdy, kto coś osiągnął w życiu, wie, że zawdzięcza to ciężkiej pracy. W nauce nie ma dróg na skróty. 

Oprócz tradycyjnego mainstreamowego podejścia, które reprezentują brytyjskie podręczniki i większość szkół językowych, na rynku istnieje kilka innych metod, nie cudownych, ale faktycznie innych podejść do nauczania. Jedną z nich jest metoda Callana, metoda opracowana kiedyś do nauki języków dla żołnierzy armii amerykańskiej. Metoda Callana oparta jest na zasadzie wielokrotnych powtórzeń i sama zasada nie jest zła. Żołnierze amerykańscy to jednak prości chłopacy, a metoda stworzona 50 lat temu nie zmieniła się od tamtego czasu łącznie z materiałami. Powtarzanie chórem sprawdza się na początkowym etapie i szczególnie w przypadku osób, wobec których inne metody zawiodły. Powtórzenia na pewno pomogą zapamiętać frazy, wyrażenia i nawet całe zdania. Rzecz w tym, że trudno od takiej nauki przejść do spontanicznej produkcji językowej i radzenia sobie w konkretnych życiowych sytuacjach. 

Lekcje prywatne

Im bardziej nas do czegoś namawiają i zalewają marketingiem, tym większy sceptycyzm sugerowałabym zachować. Jeżeli mamy wydawać pieniądze, poszukajmy lekcji prywatnych, które odbywają się na zasadzie dobrowolności, bez płacenia z góry i zobowiązań, a więc z których możemy zrezygnować w każdej chwili. Ale i tutaj musimy uważać. Ofert jest ogromnie dużo, sformułowanych bardzo różnie. Część z nich będzie również składać obietnice bez pokrycia: “szybko i skutecznie”, “angielski w trzy miesiące”. Uważajmy również na wszelkiego rodzaju “coachów językowych” i inne rozdęte, a puste frazesy. Zwróćmy przede wszystkim uwagę na wykształcenie i doświadczenie nauczyciela. Nie stawiajmy na studentów, ludzi “po pobycie za granicą” (bo to zwykle oznacza, że to ich główny tytuł do uczenia), absolwentów dziwnie brzmiących kierunków. Szukajmy absolwentów anglistyki, z doświadczeniem w pracy lektora. Nauczyciel szkolny, nawet pracujący w liceum, może nie być najlepszą rekomendacją dla osoby dorosłej poszukującej lekcji pod specyficzne potrzeby zawodowe. Wybierajmy lektorów, którzy specjalizują się w nauce dorosłych i robią to od wielu lat. 

Czytajmy uważnie ogłoszenia i wybierajmy te, w których jest dużo konkretnej treści. Jeśli kandydat na twojego nauczyciela zamieszcza pięć enigmatycznie brzmiących linijek, nie świadczy to najlepiej zapewne nie tylko o jego przygotowaniu i doświadczeniu, ale także o jego zdolnościach komunikacyjnych. Wybierajmy ogłoszenia, które brzmią przyjaźnie, ale równocześnie poważnie. Odrzucajmy oferty pakietów lekcji, lekcji w parach i grupach. Nie podpisuj także żadnych umów. To da ci możliwość manewru i możliwość rezygnacji w każdej chwili. Ten sektor oparty jest na dobrowolności i to jest jego ogromna zaleta, ale także na dobrych zwyczajach, takich jak obustronne nieodwoływanie lekcji w ostatniej chwili. Nie gódź się na przedpłaty, depozyty i nic w tym rodzaju. Ja osobiście nigdy o nic takiego nie proszę, dla mnie sytuacja musi być czytelna: przychodzisz, bo chcesz, bo jesteś zadowolony. Nie jesteś, rezygnujesz. Co więcej, w indywidualnej pracy zawsze musi być chemia. Musimy się rozumieć, szanować i lubić. Jeśli coś nie wychodzi, obie strony powinny mieć prawo do rozstania. 

Niestety, na rynku jest wiele osób, dla których lekcje to praca dodatkowa, dorywcza, często tymczasowa. Dlatego nie traktują jej dostatecznie poważnie. Trudno czasami znaleźć lektora, który nie odwołuje lekcji albo nie zmienia nagle planów życiowych. Nie zniechęcaj się jednak, zapytaj wśród znajomych i proś o rekomendacje. Zanim umówisz się na lekcje, możesz zadać nauczycielowi pytania. Zapytaj, z czego uczy, jakich metod używa, czy stawia na pracę w domu. To istotna część procesu. Wymaga nie tylko od ucznia, ale także od nauczyciela zorganizowania. Nie wierz w “autorskie metody” i cud-techniki. Ważna jest umiejętność zindywidualizowania metod i dostosowania ich do twoich potrzeb. Podejście nauczyciela powinno być rozsądnym połączeniem profesjonalizmu i elastyczności. Niech cię nie zniechęca podręcznik, jeśli proponuje go lektor. Z podręcznika można korzystać mądrze, a uczenie z kserokopii i linków bywa chaotyczne i nieskoordynowane. Zapytaj również, czy lektor na początku określi twój poziom, powinieneś wiedzieć, od czego wychodzisz i do czego zmierzasz. Po roku pracy powinieneś przejść na wyższy poziom i twój postęp powinien być mierzalny. Ale przede wszystkim zobacz, jak ci się rozmawia z lektorem. Musisz po prostu polubić go jako człowieka, bo będziecie się spotykać co tydzień i powinieneś chodzić na te spotkania z przyjemnością.

Nie oczekuj darmowej lekcji próbnej. Poważny nauczyciel nie składa takich ofert, bo ludzie mają tendencję do ich wykorzystywania. Nie rób castingu na lektora. Wiem, że ludzie umawiają lekcje próbne z różnymi osobami. To absolutnie nie ma sensu. To raczej odbierze motywację niż ją zbuduje. Każdy nauczyciel ma swoje podejście i nie należy tego wartościować, porównywać i wybierać jak w supermarkecie. Umów pierwszą lekcję i zobacz, jak się z tym czujesz i czy nauczyciel ci odpowiada. Dopiero jeśli faktycznie dojdziesz do wniosku, że lekcja jest niewypałem, wtedy szukaj dalej. Pamiętaj jednak, żeby odwołać drugą lekcję u lektora, z którego rezygnujesz. I postaraj się to zrobić wcześniej. Muszę przyznać, że największym problemem w mojej pracy z ludźmi jest właśnie fakt, że ludzie odwołują lekcje w ostatniej chwili albo w ogóle na nie przychodzą (to na szczęście zdarza się rzadko). Masz do czynienia nie z firmą, ale człowiekiem, który poświęca ci czas.

Przeciętna częstotliwość lekcji to raz w tygodniu. To przynosi efekty, a nie obciąża ucznia. Rzadko kto tak naprawdę jest w stanie utrzymać tempo spotkań dwa razy w tygodniu. Trzeba zawsze brać pod uwagę pracę do wykonania w domu i przetworzenie informacji wyniesionych z lekcji. Ja zwykle studzę tego rodzaju zapały, bo wiem, że życie i tak zweryfikuje te spotkania do raz w tygodniu. Większa częstotliwość spotkań łączy się zwykle z jakąś pilną potrzebą, rozmową o pracę, egzaminem albo wyjazdem za granicę.

Nauka online – to brzmi wygodnie i nowocześnie. Materiały multimedialne, współdzielony ekran, ćwiczenia interaktywne, książki w postaci elektronicznej. Fajnie? Otóż niekoniecznie. Po pierwsze, ten rodzaj pracy wymaga pewnego poziomu umiejętności komputerowych, dobrego łącza i komputera spełniającego określone wymagania techniczne. Musisz potrafić obsługiwać aplikacje takie jak Teams, otwierać pliki w chmurze, pobierać je i zapisywać na komputerze, umieć korzystać z linków i odsłuchiwać nagrania. Bo połowa czasu i wysiłku schodzi potem czasami na problemy techniczne. Nieotwierające się pliki, niekompatybilne wersje programów, blokady na laptopie firmowym, problemy z mikrofonem i jakością połączenia. Nauczanie online, co więcej, jest dużo mniej angażujące, szklany ekran buduje dystans i pozbawia nas wielu cennych informacji, takich jak język ciała i kontekst sytuacyjny. Dużo trudniej jest czytać emocje, wyraz twarzy i wszystkie niewerbalne sygnały, wspomagające komunikację. Więc jeśli możesz, znajdź nauczyciela w pobliżu i stawiaj na lekcje face to face. Musisz polubić zarówno osobę, jak i miejsce, żeby czuć się dobrze i żeby przychodzić na lekcje jak na spotkanie ze znajomym. Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że jednym z istotnych czynników w nauce, a przede wszystkim wspomagających wytrwałość i konsekwencję, jest więź, jaka rodzi się między mną a uczniem. O taką więź jest dużo trudniej na łączach.

A może native speaker?

Lekcje z nauczycielem native speakerem wydają się atrakcyjną opcją. To nie tylko ekspozycja na realny, żywy angielski, ale także spotkanie z inną kulturą i mentalnością. Nauczyciele native speakerzy są zwykle bardziej zrelaksowani niż ci polscy, z uczniami są na ty, mają ten luz i podejście easy-going, którego bardzo często brakuje w kraju nad Wisłą. Takie lekcje mogą być na pewno ciekawym doświadczeniem, ale mają też swoje ograniczenia.

Po pierwsze, jako native speakerzy pracują ludzie z bardzo różnym przygotowaniem i wykształceniem, a raczej rzadko z kierunkowym wykształceniem nauczycielskim. Bardzo często nie mają nawet za sobą specjalistycznego kursu. Uczenie traktują jako przygodę i sposób zarobkowania w trakcie podróży i zwiedzania świata. Część z nich zapewne mieszka w Polsce od dawna i pracuje na stałe w zawodzie. Inni są raczej przelotem i niebawem wyjadą gdzie indziej. Dlatego też zwykle nie będą traktować lekcji tak samo jak polski nauczyciel. Uczyli w różnych miejscach, w Polsce są dla przygody i ciekawości świata. Jeżeli szukamy konwersacji, native speaker może być ciekawą opcją. Nie oczekujmy jednak, że nauczy nas gramatyki, przygotuje do egzaminu albo udzieli szczegółowych wyjaśnień. Native speaker przez sam fakt posługiwania się językiem angielskim jako językiem rodzimym nie posiada świadomości jego mechanizmów ani wiedzy o tym, jak ich nauczać. To mniej więcej tak, jakby Polak miał wyjaśniać Brytyjczykowi polskie przypadki i grupy koniugacji. To ostatnie byłoby zapewne trudne, polska szkoła wyposaża jednak w pojęcia takie jak rzeczownik, czasownik czy przysłówek, podmiot i orzeczenie, które w nauce języka obcego są niezbędne. Gramatyka z angielskich szkół tymczasem praktycznie zniknęła, dlatego przeciętny Brytyjczyk, jeśli nie został specjalnie przeszkolony, nie wie, co to jest gerund i infinitive.

Oprócz nauczycieli native speakerów mieszkających w Polsce istnieją także platformy, poprzez które można umawiać się z native speakerami z całego świata. Brzmi interesująco? Nie wiem, czy takie rzeczywiście jest. Oprócz rodowitego Anglika albo Amerykanina możecie trafić na użytkowników angielskiego z odległych krajów, gdzie angielskim mówi się w sposób specyficzny i ze specyficznym akcentem. Nie podoba nam się jeden lektor, mamy do wyboru innych? Możemy wypróbować różne opcje. To przemawia do mentalności młodego pokolenia, natomiast z punktu widzenia metodyki nie ma to sensu, ponieważ nauka wymaga konsekwencji i kontynuacji. Ile razy można opowiadać, kim się jest, gdzie się mieszka i co się robi w czasie wolnym.

Polak czy native, dobry nauczyciel jest bezcenny i niestety trudny do znalezienia. W dzisiejszych czasach brakuje fachowców, a nauczanie to niewdzięczna działka, bycie samozatrudnionym tym bardziej, a tak pracuje większość lektorów. Ludzie więc uciekają do pracy za biurkiem, jeśli tylko nadarza się taka szansa. A to właśnie nauczyciel ma ogromny wpływ na nasze doświadczenie z nauką języka i naszą motywację do niej.