Po wielu latach nauki czujesz się wciąż niekomfortowo ze swoim angielskim. Wciąż nie mówisz płynnie i czujesz stres, kiedy musisz się odezwać w obcym języku.  Wśród ludzi, w sytuacjach towarzyskich i zawodowych tracisz pewność siebie, czujesz blokadę i unikasz mówienia.

A przecież angielskiego zacząłeś uczyć się już w szkole podstawowej, a niektórzy zaczynali nawet w przedszkolu. Potem była szkoła średnia i lektorat na studiach, kursy i szkolenia w firmie – a ty wciąż czujesz się niepewnie, nie rozumiesz szybkiej mowy, nie wiesz, jak odpowiedzieć na proste pytanie.

Jesteś zniechęcony. Szkoły językowe, korepetytorzy, podręczniki, platformy, aplikacje i AI – wszystko to już przerabiałeś. Masz dość ćwiczeń, wypełniania kratek i klikania w obrazki. W domu posiadasz kolekcję podręczników, samouczków i fiszek. Sądzisz, że nie masz zdolności językowych, nie masz daru do języka, tak już po prostu jest i tego nie zmienisz.

Znam to i rozumiem, bo takich właśnie ludzi spotykam na moich lekcjach. Nawet jeśli są to osoby odnoszące sukcesy zawodowe, rozmowa zaczyna się zawsze od “my English is not good”, chociaż ja proszę: “Tell me about yourself”. Zamiast przedstawić siebie, powiedzieć o tym, co robią zawodowo, czy też o rodzinie i zainteresowaniach, ludzie zaczynają od negatywnej samooceny. Co więcej, bardzo często jest to nieprawda, bo są na poziomie B1 albo B2, potrafią się porozumieć, może nie tak, jakby chcieli, może brakuje im słowa, może popełniają błędy. Dlaczego po tylu latach nauki nie osiągnęli poziomu, z którym czuliby się dobrze?

Po pierwsze, bo nie potrafią docenić tego, co już potrafią i czego się nauczyli. Widzą swoje słabości, a nie zalety. I tu jest pierwsza i ważna przyczyna: polski negatywizm. Zamiast powiedzieć coś dobrego o sobie, uczniowie zaczynają od samokrytyki. Tymczasem żeby zacząć mówić, trzeba pokonać ograniczenia w głowie i dać sobie prawo do popełniania błędów.

My tu, w kraju nad Wisłą, jesteśmy pospinani i sztywni, czujemy się skrępowani, nieadekwatni, nigdy dostatecznie dobrzy.  Czujemy się oceniani i sami oceniamy innych. Mamy problem z wystąpieniami publicznymi i mówieniem do kamery. Co dopiero, kiedy trzeba mówić w języku, w którym wszystko jest obce, nawet dźwięki.

Cudzoziemcy mówiący po polsku nas śmieszą. To fajne, może nawet miłe, że chcą się uczyć, ale brzmią jakoś niemądrze. Mówimy do nich głośno i wolno, bo sądzimy, że myślą również wolno. W żadnym razie nie chcemy być tak odbierani przez innych. Tymczasem na świecie mówi się najrozmaitszym angielskim, większość jego użytkowników to dziś osoby, dla których nie jest to język ojczysty, mówiące z własnym narodowym akcentem i popełniające liczne błędy. Idealny standardowy angielski to rzadkość, mają z nim nawet problem sami Anglosasi.

Angielski ma również wiele odmian. Jest  brytyjski angielski, amerykański, australijski, indyjski itd. Każdy z nich ma mnóstwo nie tylko różnic słownikowych, gramatycznych, ale także fonetycznych. Dalej, brytyjski angielski jest zróżnicowany regionalnie. Inaczej mówi się w Londynie, inaczej w Liverpoolu, a jeszcze inaczej dalej na północ. Angielski, którego uczymy się z podręczników, to abstrakcyjny koncept. To angielski wzorcowy, modelowy i idealny. Niewiele tak naprawdę osób mówi w ten sposób. Angielski może brzmieć w sposób zupełnie inny niż ten, który znamy, na wymowę wpływa miejsce urodzenia i wychowania, pochodzenie etniczne, wykształcenie, przynależność społeczna i zamieszkanie. Co więcej, kraje anglosaskie są pełne imigrantów; każdy z nich mówi językiem angielskim ze swoim narodowym akcentem. Anglosasi na co dzień słyszą najrozmaitsze brzmienia, a także najrozmaitsze językowe niepoprawności.

Pod wpływem nienatywnych użytkowników języka angielski się zmienia. Co jeszcze wczoraj uchodziło za niepoprawne, w tym momencie jest coraz szerzej akceptowane. Z cudzoziemców mówiących po angielsku nikt się nie śmieje, tylko się cieszy, że można się porozumieć, bo problemem są raczej ci, którzy angielskim nie posługują się w ogóle.

Co więcej, żadnego Amerykanina ani Brytyjczyka nie obrusza brak “s” w trzeciej osobie ani will po if. Gramatyka w dużej mierze zniknęła z programu nauczania w brytyjskich szkołach. To nie znaczy, że Anglosasi mówią niegramatycznie, tylko nie mają pojęcia o tym, co wiemy my, uczący się języka. Nie mają pojęcia o czasach, conditionalach, ani składni czasowników. To, co nam się wydaje strasznym błędem, dla nich co najwyżej brzmi nienaturalnie. W realnej sytuacji nikt nie będzie się głupio uśmiechał ani krytykował tego, jak mówicie. Liczy się komunikacja i możliwość porozumienia. 

Tego wam nie mówili w szkole, prawda?

Polska szkoła

Zacznijmy od początku, czyli od szkoły. Polska szkoła od dawna rozchodzi się z potrzebami życia. Tak było od zawsze, ale w świecie dynamicznych zmian i rozwoju nowych technologii ta przepaść staje się szczególnie drastyczna. Polska szkoła jest konserwatywna, stosuje staroświeckie metody, wciąż króluje nauka pamięciowa. Polska szkoła jest oficjalna i schematyczna, uczy konformizmu i dostosowywania się do oczekiwań, a nie aktywności i swobody wyrażania opinii. Odpowiedź jest tylko jedna, nauczyciel ma zawsze rację, a myślenie zastępują definicje. Uczniowie nie lubią brać udziału w lekcjach, nie lubią się wychylać, wolą postawę bierną, bo jest bezpieczniejsza. Nie podejmują ryzyka, ponieważ oznacza to narażanie się krytykę i ocenianie. Tymczasem podejmowanie ryzyka jest absolutnie niezbędne w nauce języka. Uczniowie nie powinni bać się błędów. 

Brakuje nie tylko dobrych nauczycieli, brakuje nauczycieli w ogóle, szczególnie nauczycieli angielskiego, który uciekają ze szkoły, ponieważ mają inne możliwości zatrudnienia. Ze szkoły odchodzą najlepsi, dobrze, że ci inni zostają. Praca w szkole jest ciężka i niewdzięczna, złapał młodości szybko się wypala w starciu z rzeczywistością. Angliści się zmieniają, lekcje przepadają, a powtórka co roku zaczyna się od present simple i present continuous. Ale najważniejsze jest to, co  polska szkoła robi w głowie. Wypuszcza ludzi niesamodzielnych, nieprzygotowanych do rozwiązywania problemów, oczekujących gotowych rozwiązań. Polski uczeń i student uczy się na pamięć zamiast myśleć, boi się wypowiadać swoje zdanie, boi się wypowiadać się w ogóle.

Zajęcia na uczelniach prowadzone są w dużych grupach i nierzadko online. Zajęcia odbywają się raz w tygodniu, nierzadko tylko przez jeden rok. Kiedyś było to półtorej godziny dwa razy w tygodniu, a w ramach lektoratu były dwa języki: jeden jako kontynuacja przez dwa lata i drugi jako nowy przez cztery.

Dalej, lektorzy pracujący na uczelni to pracownicy zatrudnieni na etat, zwykle od wielu lat. To jakby pracować w szkole tylko bez ciśnienia rodziców, kuratorium i badania wyników nauczania. Ucząc zdalnie kilkudziesięcioosobowe grupy raczej prowadzą szkolenie niż prowadzą zajęcia językowe, których istotą jest mówienie. Do tego dochodzi fakt, że w grupie nierzadko znajdują się osoby na bardzo różnym poziomie, w tym osoby, które nie nadążają za resztą.

Normy europejskie zakładają, że lektorat na uczelni ma się kończyć egzaminem na poziomie co najmniej B2. Kiedyś wśród studentów przeprowadzano testy poziomujące i tworzono grupy na realnym poziomie uczniów, od A1 począwszy. Teraz pracuje się na materialne B2 z uczniami, których faktyczny poziom nierzadko to A2, a nawet A1. Niestety takich absolwentów wypuszcza wciąż polska szkoła.  Dalej, materiał przerabiany na zajęciach często nie ma nic wspólnego z tym, z czym konfrontuje później studentów egzamin, a więc wymaganiami i specyfiką egzaminu opartego na wystandaryzowanych ćwiczeniach przypominających egzaminy Cambridge. 

Szkoły językowe

To temat długi i szeroki. Zwłaszcza w czasach uczenia online, platform learningowych i agresywnego marketingu. Ale zacznijmy od nauczania w tradycyjnym kształcie.

Grupy 

Problemy zaczynają się od  tzw. rozpoziomowania (placement), czyli określenia poziomu, na jakim dana osoba powinna się uczyć. Narzędzia służące do tego celu są to zwykle testy sprawdzające gramatykę i słownictwo. W efekcie poziom, jaki wykaże uczeń, może być zupełnie różny tego, jak faktycznie będzie funkcjonować w grupie. Test powinien być uzupełniony rozmową, w trakcie której można sprawdzić praktyczne umiejętności, a to nie tylko mówienie, ale także rozumienie ze słuchu i radzenie sobie w realnej sytuacji komunikacyjnej. Określenie faktycznego poziomu ucznia jest sztuką, wymaga czasu, uwagi i doświadczenia. Co więcej, szkoły językowe, szczególnie te małe, z powodu braku większego naboru często tworzą grupy z osób o różnym poziomie i zupełnie różnych umiejętnościach z założeniem, że lektor potrafi zadowolić wszystkich. 

To, jak kursant będzie się czuł w danej grupie, zależy także od niemierzalnych czynników, takich jak osobowość, pewność siebie i pozycja na skali intro- i ekstrawertyzm. Znaczącą rolę odgrywa również dopasowanie innych członków pod względem nie tylko umiejętności, ale także wieku. W efekcie możemy znaleźć się w grupie zupełnie niedopasowanych do siebie ludzi, od których lektor będzie oczekiwał pracy w parach.

Grupy w szkołach językowych są zwykle za duże, to oczywiście wynika ze względów finansowych i uzasadnione jest kosztem kursu, który musi być konkurencyjny. W grupie dziesięciu osób można głównie robić ćwiczenia; dawanie czasu na indywidualne wypowiedzi nudzi jednych, stresuje innych. Pracować w parach zwykle nikt nie chce, ludzie nie widzą w tym sensu, jeśli lektor ich nie słucha i nie poprawia. Nawet jeśli grupa składa się z mniejszej ilości osób, lektor nie może poświęcić dostatecznej ilości czasu każdemu.

Na zajęciach dominują zwykle osoby lepsze, bardziej pewne siebie i wygadane, dotarcie do tych słabszych, milczących i chowających się z tyłu jest trudne nawet dla nauczyciela wyczulonego na potrzeby uczniów. Mniejsze grupy często przestają istnieć, ludzie nie przychodzą na zajęcia, z pięciu osób zostają dwie, a po półroczu grupa często przestaje istnieć. 

Ludzie rezygnują z nauki zapewne z wielu przyczyn, z braku czasu, ale także motywacji, konsekwencji i dyscypliny. Jednak zamykające się grupy i zmniejszająca się ilość kursantów to także świadectwo kryzysu tej formy nauczania. Ludzie rezygnują z zajęć, ponieważ są rozczarowani, tracą zapał i zainteresowanie nauką języka.

Lektorzy

Szkoły na swoich stronach chwalą się, że mają profesjonalną i najwyższej jakości kadrę. W praktyce wygląda to inaczej. Żeby ceny kursów były konkurencyjne, trzeba redukować koszty. A głównym kosztem dla szkoły jest wynagrodzenie lektora. Stawki nie zachęcają tych najlepszych, nie skłaniają również lektorów do przywiązania do szkoły. Rotacja w tym sektorze jest więc ogromna. Zamiast starać się zatrzymać tych najlepszych szkoły co roku rekrutują nowych. Lektorzy zatrudniani są na umowę zlecenie albo na zasadzie B2B, dostają niewiele godzin, bez gwarancji, że kurs przedłuży się po półroczu. Wymagania przy rekrutacji są coraz bardziej obniżane. Szkoły poszukują w ogłoszeniach lektorów z licencjatem i jednym rokiem doświadczenia. 

Z roku na rok zmniejsza się ilość absolwentów filologii angielskiej o specjalności nauczycielskiej. Młodzi ludzie dzisiaj nikt nie chcą wiązać się ze szkołą, dotyczy to także nauki języków. Koledże nauczycielskie zostały zlikwidowane, a filologia angielska ma problem z naborem. Przyjmowani nierzadko są kandydaci z maturą podstawową z języka, co przekłada się na obniżający się poziom umiejętności absolwentów. Jeżeli ktoś zaczyna studia z poziomem B1, to po trzech latach nie osiągnie poziomu odpowiedniego do nauczenia. W efekcie przed grupą staje człowiek z minimalnym doświadczeniem i bardzo ograniczonymi umiejętnościami, zarówno dydaktycznymi, jak i językowymi.

Uczenie pod egzaminy

Ludzie zapisujący się na kursy językowe, bardzo często są nimi zniechęceni. Wynika to zapewne z wielu przyczyn, ale naczelną jest sposób nauczania. Zmorą szkół językowych jest uczenie pod egzaminy i praca na podręcznikach do nich przygotowujących. Nawet jeśli podręcznik nie ma w nazwie FCE ani CAE, ma i tak w dużej części strukturę opartą na ćwiczeniach umożliwiających tak zwane badanie postępu. Co w praktyce oznacza specyficzny typ poleceń i ćwiczeń, wypełnianie luk i transformacje, parafrazy i testy wyboru. Ten rodzaj nauki daje kontrolę nad procesem dydaktycznym i oferuje narzędzia do mierzenia postępu, nie ma natomiast wiele wspólnego z potrzebami życia i realnej komunikacji.

Nauka online

Szkoły językowe zmieniają się oczywiście. Oferują teraz platformy do nauki zdalnej i nierzadko lektorów z całego świata. Mają również platformy interaktywne i aplikacje, ale przede wszystkim kampanie reklamowe pełne niespełnionych obietnic i agresywną politykę sprzedażową: umowa na dwa lata za kilka tysięcy, a płatność w ratach to często nic innego jak branie pożyczki. Nauka przy stolikach w klasach odchodzi w przeszłość. Dzisiaj wszyscy chcą się uczyć online. To się wydaje nowoczesne i atrakcyjne, a przede wszystkim siedzenie w fotelu w domu, przed ekranem własnego komputera, z kubkiem herbaty albo kawy w ręku brzmi dobrze i kusi w czasach, kiedy wszystko robimy w pośpiechu, czas wolny to dobro deficytowe. Rzecz w tym, że online można załatwić bardzo dużo, można zapewne doskonale pracować, odbywać spotkania i nawet przeprowadzać rekrutacje. Nauka języka to jednak co innego i proces bardziej skomplikowany.

Mówienie w języku obcym jest samo w sobie barierą. Z jednej strony przystań własnego domu sprawia, że ludzie czują się bezpiecznie, z drugiej ta forma nauki narzuca kolejne ograniczenia. Ekran komputera filtruje informacje, które pomagają w rozumieniu. Komunikacja to nie tylko mowa; oprócz słów i dźwięków liczy się także język ciała, postawa, a także kontekst sytuacyjny. Tego wszystkiego pozbawia nas obraz na ekranie, często rozmyty albo ze sztucznie wygenerowanym tłem oraz dźwięk – akustycznie spłaszczony, co utrudnia rozumienie i tak obcych dla nas dźwięków. Dodatkowo nawet minimalne opóźnienie utrudnia interakcję. To ostatnie jest szczególnie niewygodne w przypadku poprawy błędów. Reakcja nauczyciela następuje, kiedy uczeń jest już w połowie kolejnego zdania. Innymi słowy, to co i tak z definicji jest trudne, czyli komunikacja w obcym języku, staje się jeszcze trudniejsze. A to, co wydaje się zaletą, czyli siedzenie na własnym krześle we własnym domu, może stać się ograniczeniem. Bo takie lekcje nie angażują tak jak relacja z realnym człowiekiem w realnym otoczeniu.

Nauka online, jeśli w ogóle, sprawdza się na poziomie, na którym można już mówić o konwersacjach. Aplikacja online, cokolwiek to jest, Teams, Google Meet jest trudnym narzędziem, jeśli trzeba tłumaczyć, wyjaśniać, pokazywać i dawać instrukcje. To wszystko można zrobić na ekranie, ale jest znacznie bardziej czasochłonne i mniej efektywne niż w realu. Nauka online nie sprawdza się szczególnie na poziomie podstawowym, gdzie trzeba czasem coś narysować, odegrać albo pokazać gestem.

Dodatkową barierą są umiejętności związane z obsługą komputera. Osoby decydujące się na naukę online często nie są biegłe w tej kwestii. W trakcie lekcji trzeba otwierać linki, zapisywać pliki i nawigować w materiałach. Udostępnianie, ściągnięcie, zapisanie i otworzenie jakiegoś dokumentu wymaga umiejętności. Część lekcji może być tracona na tego rodzaju sprawy, nie mówiąc o problemach z połączeniem i dźwiękiem. 

Zanim więc zdecydujemy się na tę pozornie wygodną formę nauki, zastanówmy się czy mamy do tego warunki – stabilne i szybkie łącze, stosunkowo nowy i sprawny komputer. Ale też czy radzimy sobie z jego obsługą, czy potrafimy robić różne rzeczy online. I wreszcie, czy nasz poziom języka pozwala na ten rodzaj pracy.

Podręczniki

Podręczniki, z których się uczymy, są produktem brytyjskich wydawnictw i współczesnej teorii metodycznej, ogólnie przyjętego i powszechnie stosowanego podejścia do nauki języka wszędzie na świecie. Podręczniki te mają prezentować nowatorski sposób nauczania w stosunku do tradycyjnych metod.

Kiedyś była kreda i gąbka i powtarzanie chórem, a podręczniki składały się z czytanki i pytań pod spodem oraz słowniczka. Gramatyka była tłumaczona osobno w postaci definicji i ćwiczeń. Było prosto, czytelnie i ponoć nudno. Ktoś kiedyś uznał, zapewne na podstawie jakichś badań, że będzie fajniej, atrakcyjniej i bardziej skutecznie, jeżeli zamiast pytań będą pojawiać się wybory i uzupełnianki, zaznaczania i układania w kolejności.

Miało to być uczenie przez działanie, uczenie aktywne i nowocześniejsze, a jak wyszło, wszyscy wiemy: dziurawce, zagadki i testy na inteligencję. Polecenia w brytyjskich podręcznikach są po angielsku, z tym musimy się pogodzić, a polskie wydawnictwa z polskimi instrukcjami to często pułapka (wyjaśnienia w nich zawarte są sążniste, przegadane i długie; w stosunku do nich Anglosasi potrafią przedstawiać wszystko prosto, na temat i w pigułce). Słów vocabulary, pronunciation, gerund, infinitive, preposition i past modal, nie mówiąc o noun i adjective warto się nauczyć. Ale wielu uczniów nie radzi sobie z wykonywaniem  poleceń, jeśli nie zostało przetrenowanych na tego rodzaju ćwiczeniach wcześniej. True/False i test wyboru to pół biedy, ale znajdowanie w czegoś w tekście, uzupełnianie luk, układanie w kolejności, łączenie w pary wymaga opanowania zasad. Uczeń skonfrontowany z takimi ćwiczeniami musi poświęcić czas na zrozumienie instrukcji. Język schodzi na drugi plan, jeśli trzeba uczyć się metody.

Podręczniki są kolorowe i pełne obrazków. To zawsze atrakcyjne i powinno uprzyjemniać naukę, służyć jako visual aid, czyli uzupełniać i unaoczniać treści. Nie wiem, natomiast, czy uczenie słownictwa za pomocą łączenia słów z małymi obrazkami jest faktycznie lepsze od uczenia tych samych słówek poprzez wyjaśnienia. Uczenie przez działanie? Rozczytywanie obrazków staje się ważniejsze od zapamiętywania słówek. Ćwiczenia typu Select the odd one out, czyli wybierz, co nie pasuje to test raczej na inteligencję i łamigłówki. Trzeba znaleźć klucz: jedno negatywne, reszta pozytywna, jeden rzeczownik, reszta przymiotnik, jedno to pojedyncza część ciała, a reszta występuje w parze. Czy pomaga zapamiętywać słówka? Raczej zapamiętać trik. 

Jeżeli uczymy się angielskiego od szkoły, znamy te techniki. Jednak osoby po 40-tce, które w języku są samoukiem, konfrontowane po raz pierwszy z poleceniami w książce, zaczynają wątpić w swoją inteligencję. Frustruje więc nie tylko obcy język, ale także obcy język materiałów dydaktycznych.

Nawet z punktu widzenia nauczyciela książka to trochę główkowania. Nic nie jest intuicyjne, a znalezienie odpowiedzi w Teacher’s Book to przedarcie się przez wyjaśnienia metodyczne. Współczesne podręczniki to bardziej partytury lekcji niż materiały, z których uczeń może sam korzystać. Nauczyciel ma połowę lekcji w Teacher’sie, a bywa jeszcze gorzej, uczeń A ma połowę tej partytury na jednej stronie, uczeń B z kolei ma drugą na innej. Odnośniki i strzałki – Grammar Bank, Vocabulary Bank, Writing Bank jeszcze gdzie indziej. A do tego nagrania i linki.

Metodyka

Przechodzimy do lekcji. Najpierw trzeba zrobić tzw. pre-listening albo pre-reading task, czyli wprowadzić uczniów do tematu. Ponieważ temat jest, mówiąc oględnie, umiarkowanie interesujący i umiarkowanie związany z życiowym doświadczeniem, skłonienie ludzi do wypowiedzi bywa trudne. Znikające lodowce, fair trade, ani wolontariat w Ugandzie to nie są kwestie atrakcyjne dla dorosłych po 30tce. Fanów sportów ekstremalnych też nie ma zbyt wielu. Nie każdy również wie, co to jest elephant polo, a młodzi ludzie nie mają pojęcia o historii, nawet tej dwadzieścia lat do tyłu. No to może: “What do you see in the picture?” Tyle, że co przedstawia obrazek, nie do końca wiadomo, a ludzie pracujący na co dzień przed komputerem, z liczbami i obliczeniami nie lubią zgadywanek ani spekulacji.

Przechodzimy do sedna. Żeby zrobić listening albo reading, trzeba przeczytać ćwiczenie badające rozumienie. Zawsze są dwa. Pierwsze sprawdza tak zwane general understanding, drugie ćwiczenie zrozumienie szczegółowych treści (True/False, test wyboru, uzupełnianie). Jest to poprawne z punktu widzenia metodyki, ale nieintuicyjne i nienaturalne z punktu widzenia faktycznej percepcji. Uczniowie skupiają się na tym, co potrafią albo nie potrafią zrozumieć. Wyławiają z tekstu szczegóły i informacje szczątkowe, dopiero potem składają je w całość. Intuicyjnie kierują się więc od razu do ćwiczenia drugiego, ignorując pierwsze.

Problemem w przypadku listeningu dla wielu osób jest rozumienie ze słuchu, a dokładnie rozumienie szybkiej mowy. Connected speech, melted speech, a więc to, co się dzieje, kiedy słowa potykają się i stapiają ze sobą, to temat, któremu podręczniki poświęcają za mało uwagi i właściwie tego się praktycznie nie uczy, że Don’t you…? brzmi jak  “doncha…?, a What do you want? jak “whatcha want”? Rozumienie tekstu, który niesie coś więcej niż dane i fakty, może być jednak także barierą. Dzisiaj czyta się coraz mniej, a jeżeli, przede wszystkim teksty użytkowe, w których sens jest dosłowny, a słowa znaczą, to co znaczą. Dekodowanie znaczeń, czytanie między linijkami, wyrażenie metaforyczne i interpretacja treści to umiejętność dzisiaj zanikająca. Z drugiej strony, ludzie mają również problem z odróżnieniem faktów od opinii, szczególnie własnych. Znalezienie w tekście tego, co autor napisał faktycznie, a nie nakładanie na to własnych przekonań, bywa trudne. 

Przebrnęliśmy przez rozumienie tekstu, teraz ćwiczenie na słownictwo, polegające na wyławianiu słówek z tekstu, żeby je dopasować do definicji. Problemem okazują się jednak nie same słówka wybrane przez brytyjskich metodyków, ale definicje. To one stają się barierą; definiowanie czegoś w sobie bywa utrudnieniem, zwłaszcza jeśli jest to pojęcie proste i znane. Uczniowie pytają zwykle o zupełnie inne słowa, które utrudniają im rozumienie. Bo ludzie koncentrują się nie na sensie ogólnym, ale na szczegółach. 

Teraz będziemy ćwiczyć wymowę, akcent albo intonację. Polaków wymowa nie interesuje, wychodzą z założenia, że nie będą się wygłupiać, seplenić ani produkować dziwnych dźwięków. I tak przecież ich jakoś zrozumieją. Podręcznik oferuje pięć przykładów. Aby ćwiczyć wymowę potrzebne są powtórzenia. Dużo powtórzeń. Ogromna ich ilość. Może dodatkowe materiały w Teacher’sie? Nie ma. W Workbooku inne pięć przykładów. Współczesna teoria metodyczna powtórzeń nie lubi. Bo to nudne i przestarzałe. 

Idziemy dalej: gramatyka. Jej wprowadzenie i omówienie polega na połączeniu zdań z wyjaśnieniami. No dobrze, gramatykę tłumaczę sama, wychodzi z tego dużo mojego mówienia. Potrzebujemy ćwiczeń. Dużo ćwiczeń. W podręczniku jest znowu tylko kilka. Reszta to Grammar Bank na końcu książki. Szeleszczenie kartek, upewnianie się, na której jesteśmy stronie i co mamy zrobić na zadanie. Ale ja i tak wiem, że na następną lekcję muszę przygotować własne materiały i dużo więcej przykładów.

Na przykładzie moich prywatnych uczniów doskonale widzę, że opanowanie jakiejś struktury albo czasu wymaga mnóstwa ćwiczeń. Część robimy pod moim kierunkiem – to ważne, bo widzę wtedy, jak uczeń myśli i jakie błędy popełnia – część trzeba zrobić w domu. Na lekcji prywatnej ilość przykładów można ustalić dobrowolnie z uczniem. Na lekcji w szkole językowej przerobienie dwudziestu przykładów to nudy i średniowiecze. To byłoby złamanie wszelkich zasad metodyki. To lekcja niezaliczona w przypadku niezapowiedzianej hospitacji. Bo mają być obrazki, krzyżówki, dobierania i łączenia i praca w parach.

Jestem przeciwnikiem wypełniania kratek. Jednak brutalna prawda jest taka, i myślę, że zgodzi się ze mną każdy, kto uczciwie kiedyś wziął się za gramatykę, że aby ją opanować, trzeba zrobić dużo ćwiczeń. Dlatego, że te przykłady układają się w pewne wzorce, które później przypominają się w życiu w konkretnej sytuacji. Nie zastanawiamy się jaki to czas, kiedy chcemy zapytać, gdzieś ty był: “Where have you been?”.

W nauce języków jest w zasadzie tak ze wszystkim, uczymy się przez powtórzenia, o czym wiedział niejaki Callan (dla jasności, nie jestem fanką tej metody, ponieważ jest zbyt restrykcyjna i ekstremalna). Uczymy się powtarzając to samo, uczymy się także przez uszy, wielokrotnie słysząc to samo. Język to nie jest twarda wiedza, tylko nauka umiejętności, to trochę jak uczenie się jeździć samochodem albo uczenie się kroków do tańca czy gry na gitarze. Powtórzenia i ćwiczenia, ćwiczenia i powtórzenia. Czyli to co po angielsku nazywa się drill i jest bardzo niemodne. 

Oczywiście język to przede wszystkim komunikacja, więc przechodzimy do speakingu. Fajnie, jeśli pytania w książce odnoszą się do nas i naszego doświadczenia, a nie niedźwiedzi polarnych i tego, co możemy zrobić dla planety.. Ale znowu jest ich za mało. Ludzie nie chcą mówić nie tylko z powodu bariery językowej. Jeśli nie są ekstrawertyczną gadułą, mają problem z wyrażaniem swojego punktu widzenia albo dzieleniem się doświadczeniem. Wolą się chować za odpowiedzią: nie pamiętam, nie przydarzyło mi się, nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Wnioskując tylko z tego, co mówią na lekcji, można by sądzić, że większość ludzi ma idealne życie, w którym nie wydarzają się żadne przygody, problemy, nikt nic nie gubi, nikt nie spóźnił się na nic, nikomu nie odwołano lotu, nikt nie musiał załatwiać z recepcją w hotelu. Dopiero długa lista szczegółowych pytań uruchamia umiejętność mówienia i snucia historii. Bo w końcu przy dziewiątym, dziesiątym albo jedenastym otwierają się wrota pamięci i chęć do podzielenia się jakąś opowieścią albo opinią. 

O co więc chodzi z podręcznikami? Otóż nie tylko o to, żeby było atrakcyjniej, nowocześniej i rzekomo skuteczniej. Chodzi o testowanie. Bo wyniki nauczania trzeba sprawdzić. W szkole, w szkole językowej, na uczelni. Wyniki egzaminów decydują o dalszej przyszłości, o dostaniu się na wymarzony kierunek studiów, o uzyskaniu certyfikatu albo dyplomu. Kiedyś bywały egzaminy ustne, te praktycznie biorąc w ogóle zniknęły z życia akademickiego i nauczania w ogóle. Owszem, w przypadku egzaminów językowych wciąż istnieją szczątkowej formie. Są tylko dodatkiem do testowania w formie pisemnej. Są bardzo krótkie i bardzo ograniczone. Dwie minuty na odpowiedź na pytanie. Dlaczego? Jak zawsze jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Czas, środki, wynagrodzenie nauczycieli itd.

Testy są szybsze, łatwiejsze do przeprowadzenia, łatwiejsze do ocenienia i sprawdzenia; odpowiedzi przenoszone są na specjalną kartę, którą sprawdza komputer. Testy zresztą również w tej chwili często pisane są na komputerze. Ale egzaminy pisemne w formie testowej są także bardziej obiektywnym sposobem testowania. W przypadku egzaminów ustnych, tak samo jak i w przypadku oceny pytań otwartych, zawsze istnieje element czyjejś subiektywnej oceny. Dlatego w ustnych egzaminach obecnie uczestniczą zwykle dwie osoby, interlocutor zadaje pytania, assessor słucha i ocenia. Obiektywizm wymaga nakładów, środków i czasu.

Języki uczone są więc pod egzaminy. Wszystko jedno, czy chcemy je zdawać czy nie, nasz podręcznik jest egzaminacyjny, to znaczy zbudowany według podobnych zasad. Są oczywiście podręczniki stricte egzaminacyjne i służące ogólnej nauce.Te drugie na szczęście są nieco przyjemniejsze, nie ma w nich tak dużo typowo egzaminacyjnych ćwiczeń, jest więcej pytań otwartych i więcej speakingu, niemniej jednak ich struktura i metodyka oparta jest na tych samych zasadach. Koniec końców i tak w szkole i na każdym kursie będziemy pisać test oceniający realizację materiału i ukończenie danego poziomu. 

Tradycyjne podręczniki nie były takie złe. Tekst i pod nim pytania otwarte. Tak samo jak tradycyjne metody i nauczyciel pod tablicą. Nauczyciele kiedyś byli anglistami z solidnym przygotowaniem akademickim, wiedzą o kulturze i świecie oraz umiejętnością zapisu fonetycznego słów na tablicy. Anglistyka była studiami ekskluzywnymi, na które było trudno się dostać, a jeszcze trudniej na nich utrzymać. Wymagania stawiane studentom były wysokie, kryteria surowe, program nauczania obejmował przedmioty akademickie i teoretyczne, a ilość godzin praktycznej nauki języka i wymagania, którym trzeba było sprostać, gwarantowały wysoki poziom kompetencji językowych absolwentów. Potem pojawiły się trzyletnie koledże nastawione na produkcję nauczycieli z praktycznymi umiejętnościami, ale powierzchowną wiedzą. Wypełniały istotną lukę w czasach, kiedy nauczycieli angielskiego brakowało wtedy na rynku na tyle, że w państwowych szkołach uczyli ludzie z egzaminami FCE albo CAE. Zamiast anglistyki akademickiej na prywatnych uczelniach pojawiały się praktyczne kierunki, na których ilość godzin oraz program nauki musiały być przystępne i mieścić się w kalkulacji kosztów utrzymania kierunku. Lata 90. przyniosły boom językowy w Polsce, wzrosło oczywiście zapotrzebowanie na kursy językowe, angielskiego uczyć zaczęli się wszyscy, język był przepustką do świata kariery, podróży i kontaktów zagranicznych. Rynek szkół językowych stał się dochodowym interesem, jednak dobra koniunktura nie trwała wiecznie i szkoły musiały przestawić się na walkę o przetrwanie w świecie rywalizacji i optymalizacji kosztów.

Rozwój internetu, dostępność narzędzi, kontakty ze światem, wzrastający poziom nauczania w szkole spowodowały schyłek popularności nauki języka w tradycyjnym kształcie. Spadało zapotrzebowanie na kursy, szkoły zaczęły się zamykać. Anglistyka przestała być modna. Młodzi woleli wybrać ekonomię albo marketing. Absolwenci filologii, jeśli mogą, idą do pracy w korporacji.

Byli więc dobrzy angliści, nudne podręczniki i drills (nie mylić z “pruskim drylem”). Drills to ćwiczenia polegające na powtórzeniach. Na zadanie domowe zwykle zadawano opowiedzenie czytanki. Czasami oznaczało to nauczenie się tekstu na pamięć. No, ale kto by dzisiaj chciał się czegokolwiek uczyć na pamięć. “Zakuwanie” to coś, czego się najbardziej nie cierpi w szkole. Nauka pamięciowa to lamus i muzeum. To, czego wtedy nie było, to immersion, możliwość zanurzenia się w języku, czyli angielski otaczający nas jak dzisiaj wszędzie. 

Skoro więc jesteśmy tu i tutaj, czyli w globalnej wiosce, mamy smartfony i AI – korzystajmy z tego. Przede wszystkim otwórzmy oczy i uszy. Wciąż trafiają do mnie na lekcje ludzie, którzy nie wiedzą, że shop to sklep, book to książka, screen znaczy ekran, a print to drukować, pomimo, że mamy notebooki, robimy printscreeny, a na ubraniach nosimy kolorowe printy. Angielski nas otacza, jest na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko wykonać minimalny wysiłek i wpisać słowo do jakiejś apki (albo zapytać ChatGPT, jak kto woli).

Jest mnóstwo darmowych lekcji na YouTube i materiałów w sieci, na netflixach można oglądać filmy w oryginale. Można komentować po angielsku, a nawet rozmawiać w tym języku w sieci, choćby grając w gry. Czy my w ogóle potrzebujemy jeszcze książki? Szczerze? Niekoniecznie. Nauczycieli? Kursów? Też nie zawsze.

Angielskiego można uczyć się samemu. Jeśli jednak potrzebujemy struktury, motywacji i instrukcji, a więc czegoś, co kosztuje i za co się płaci, niech będą to lekcje prywatne, czyli podejście spersonalizowane, nastawione na indywidualne potrzeby i możliwości. 

Więcej o tym, jak się uczyć i co robić samemu na podstronie: Jak się uczyć